Zapisz się na nasz newsletter

Sándor Márai: W podróży (fragmenty)

Sándor Márai: W podróży

(fragmenty)

 

Wybór, tłumaczenie i posłowie
Teresa Worowska

ZESZYTY LITERACKIE
Warszawa 2011

 

KRAJOBRAZY


Pamiętam nizinę pełną niewielkich jezior zarośniętych trzciną i błotnistych. Jakiż to smutny krajobraz! Żyją tu tylko komary i ropuchy. Gdzie widziałem ten pejzaż? Nie wiem, jak się nazywa, nie potrafiłbym wskazać go na mapie. Ale kiedyś tu już byłem. Z rozdzierającą rozpaczą w sercu.
Moje wspomnienia krajobrazów są cudownie ostre i trwałe. To odrębna mapa, którą życie rysuje dla pamięci. Pamiętam dzikie, duszne ogrody, w których nigdy nie byłem. To niepokojące wspomnienia: jesteśmy wędrowcami i poszukiwaczami przygód, włóczymy się po świecie bez paszportu, wędrujemy po nizinach, krainie życia, której prawdziwych granic dokładnie nie znamy.

 

EGER


Do Egeru przyjechałem wieczorem i od razu widziałem, że to miasto. Nie tak jak Budapeszt czy Berlin, tylko w prawdziwszym sensie, miasto jak Chartres, Kieżmark czy Norymberga. Zapalono już lampy, kiedy przeszedłem obok bazyliki, boczne uliczki wypełniły się niebieskimi i brązowymi cieniami. Wszędzie widziałem księży idących jakby bez celu. W pomalowanych na żółto sklepach o łukowych sklepieniach siedzieli kuśnierz i aptekarz, niejako w ukryciu, jak tylko w prawdziwych miastach potrafią siedzieć kupcy, którzy są ostrożnymi miłośnikami wolności, a zimą urządzają wieczory literackie w miejscowym kasynie. Ciągle gdzieś odzywały się dzwony. Przed lampką oliwną obok domu prepozyta stała młoda kobieta ze złożonymi rękami. Modliła się. W Egerze ludzie modlą się w sposób naturalny w miejscach publicznych.
Wieczorem poszedłem do kina. Bileterka miała tureckie oczy.

 

ŁODZIANKA


Nad Morzem Martwym spędziłem piętnaście minut, więcej nie mogłem wytrzymać.
W promieniu kilku kilometrów nie ma tu śladu flory, nawet najnędzniejsze rośliny pustynne z obrzydzeniem odwracają się od tego miejsca, które Jehowa musiał stworzyć w chwili gniewu; tylko sól pozostała po wyparowanej wodzie błyszczy w temperaturze pięćdziesięciu stopni Celsjusza jak świeżo spadły śnieg. Trzy chatki i nikogo wokół. Kiedy po upływie kwadransa zbierałem się już do powrotu, z chaty wyszedł długowłosy chaluc w rosyjskiej koszuli i rogowych okularach. W jednej ręce trzymał wiadro, w drugiej jakieś narzędzie.
Szalom — powiedział i przystanął. — Od jak dawna pan tu jest?
— Od kwadransa — odparłem. — A pan?
— Od dwóch miesięcy. Ale muszę tu zostać jeszcze do końca lata.
Zaprosił mnie do baraku: trzy łóżka, moskitiery, kilka sprzętów i jeszcze dwóch chaluców. Jeden z nich przyjechał z Zagrzebia, jest doktorem prawa. Przedstawiliśmy się sobie.
— Co panowie tu robią?
— Keren Hajesod opracował metodę uzyskiwania soli potasowej z wody Morza Martwego. Jesteśmy tu pionierami, badamy wodę i warunki.
Dowiaduję się, że tych trzech młodych Żydów siedzi tu już od dwóch miesięcy, w klimacie, którego ani rodowity mieszkaniec Palestyny, ani Europejczyk właściwie nie są w stanie dłużej wytrzymać. Upał jest nieustający, w ciągu dnia pięćdziesiąt stopni, nocą spada do trzydziestu. Nie łagodzi go ani jedna palma, ani piędź zieleni. Wodę pitną i żywność trzeba sprowadzać z odległości dziesięciu kilometrów, raz dziennie przynosi je tu wielbłąd. Słone gorące powietrze wygarbowało skórę tych biedaków, pokazują ręce pełne wyprysków, naskórek na nich jest jak pergamin, twardy i suchy. Oczy mają czerwone, łzawiące, a na szyjach i podniebieniu rany od żrącej, słonej pary. Poza tym gorączkują, bo w tych warunkach naturalnie pochorowali się na malarię. Czego tu szukają?
Odpowiedź jest prosta:
— Soli potasowej. Zbudujemy fabrykę, kiedy tylko zdobędziemy pieniądze.
— A czy znajdą panowie robotników, którzy będą skłonni tu mieszkać?
— Robotników? Nie, robotników nie znajdziemy. Żaden robotnik by tu nie wytrzymał nawet za największą zapłatę. Ale znajdziemy chaluców, i to w każdej liczbie.
Wiem już wszystko, na pożegnanie uchylam kapelusza; nie mogę już tu wytrzymać, choć minął dopiero kwadrans. Moi przyjaciele stoją przed chatką i machają za autem rękami o wygarbowanej, usianej wypryskami skórze. Jeszcze widzę, jak ruszają w stronę Morza Martwego ze swoimi narzędziami. Kim są ci ludzie? Zwykłymi bohaterami powtórnego zajęcia ojczyzny? Zachodni Goci szli na wyprawę uzbrojeni, by zdobyć dla siebie imperium, doktor prawa z Zagrzebia czyni to samo za pomocą soli potasowej.

Następny przystanek mamy nad Jordanem. Odwiedzam pewną grecką rodzinę znaną mi z opowiadań znajomych, którzy już tu byli, oglądam wypchane hieny i szakale, które pan domu z braku lepszych rozrywek upolował w zaroślach nad Jordanem. Siedząc w słomianej chatce, popijam monachijskie piwo, gospodarz na moją cześć kładzie na patefon płytę z greckim hymnem narodowym i próbuje mi sprzedać wodę z Jordanu w małych buteleczkach, co ma być autentycznym i nabożnym podarunkiem z podróży dla pozostałych w kraju. Siedzę w tej chatce nad brzegiem rzeki i palę papierosa.
Po półgodzinie jestem już w Jerychu, zbliża się wieczór. Udaje mi się zdobyć niewypowiedzianie drogi i cenny napój — wodę pitną, czystą, zimną wodę źródlaną, która przede mną bulgoce w oazie, gdzie innych atrakcji rzeczywiście nie ma. W każdym razie po słonych polach wokół Morza Martwego przyjemnie jest znów widzieć palmy, bujną, mięsistą roślinność i domy, w których mieszkają dobrze odżywieni Arabowie. Jest tu wszystkiego jedna większa ulica, a na niej nawet kawiarnia, przed którą Arabowie siedzą nad szachownicą i palą papierosy. W Jerychu zapewne dopiero po szóstej wieczorem zaczyna się życie. Źródło obudowano betonową cysterną, w której zbiera się ten rzadki i cenny płyn, nad nią wzniesiono namioty, w których poustawiano ławki, całość robi wrażenie lokalu rozrywkowego na wolnym powietrzu. Tyle że nie ma tu żadnej rozrywki. W jednym z namiotów na ławce siedzi kobieta, wygląda zupełnie tak samo jak damy w europejskich uzdrowiskach, które siadają przy źródle wody mineralnej, bo mają czas i nic lepszego nie przychodzi im do głowy.
Ubrana jest po europejsku, ma żółte buciki, cieliste pończochy, czarną spódnicę i bluzkę. Nie nosi kapelusza, w dłoni trzyma parasolkę, czubkiem której w zamyśleniu rysuje coś na piasku. Na mój widok podekscytowana podrywa się z miejsca, spogląda na auto i moich towarzyszy. Podchodzi do mnie.
— Skąd panowie przyjechali?
— Z Niemiec, z Francji...
— O — mówi i jej twarz rozjaśnia uśmiech. — A ja jestem z Łodzi!
Jest Żydówką z Europy. Jak na Jerycho, elegancko ubrana, sympatyczna młoda kobieta. Pytam, co tu robi. Mieszka z mężem i dzieckiem. A czy w Jerychu mieszkają też inni Żydzi? Nie, poza nimi nie ma nikogo. Są emigrantami z Łodzi? Tak, przyjechali trzy lata temu. Mój Boże, i co państwo robią od trzech lat w Jerychu? Kobieta wzdycha.
— Mamy kafejkę — mówi trochę ironicznie i wskazuje na lepiankę, przed którą Arabowie grają w szachy. — Należy do nas. Przyjechaliśmy jako chaluce, ale mąż nie mógł wytrzymać w socjalistycznym kibucu, a nie wystarczyło nam pieniędzy, by kupić dom — opowiada żywo, ale z jakimś smutnym komizmem. — Nie jesteśmy socjalistami, w Łodzi mieliśmy sklep. Ktoś nam poradził, żeby jechać do Jerycha, bo tu nie ma żadnego lokalu i nie mieszkają tu Żydzi. Jesteśmy tu od trzech lat. Nie mamy pieniędzy, żeby wrócić do Łodzi, musimy tu zostać...
Jej oczy błyszczą z podniecenia i pragnienia, patrzy na auto i na nas: Europejczycy, przypłynęli statkiem, pewnie na nim tańczyli, ładnie ubrani, czytają gazety, rozmawiają, słyszą o różnych światowych nowinkach, chodzą do teatru, spotykają się we własnym towarzystwie... Och! Łodzi, Łodzi, ty łódzka dzielnico żydowska, ty nawet nie wiesz, jaka tęsknota woła za tobą z tego najbardziej żydowskiego kraju, z Jerycha, gdzie stoi pałac Heroda. Jaka tęsknota za wami, łódzki sklepie, mieszczańskie życie, ulice, na których można zaprezentować nową suknię i kupić nowe żółte buciki... Jak wielka tęsknota za ojczyzną, za Łodzią.
— Niech panowie jeszcze nie jadą — mówi gorączkowo, prawie ochryple. — Mąż niedługo wróci... Może filiżankę kawy?
Jeszcze trochę, a ta sympatyczna młoda kobieta się rozpłacze, usta jej drżą. Widać, że tego sobotniego wieczoru ubrała się ładnie i poszła do źródełka, żeby trochę potęsknić. Usiadła na ławce, w zamyśleniu rysowała coś parasolką i z ciężkim sercem myślała o Łodzi, o życiu, które potrafi czasami rzucić człowieka tak daleko, aż do Jerycha, o młodości, którą musi przeżyć pośród arabskich chłopów, wegetując dzień za dniem, czasami zatrzyma się tu auto z Angielkami, zostaje po nich kurz i zapach perfum, a potem znów tylko Jerycho, wielbłądy, Arabowie — i to całe jej życie.
Ale musimy jechać dalej, ponieważ droga przed nami wije się serpentyną i jest wieczór, a nie bardzo ufam talentom szoferskim naszego arabskiego kierowcy. Szanowna pani, życie jest ciężkie, ale mam nadzieję, że jeszcze zobaczy pani Łódź.
Nigdy dotąd nie widziałem, żeby ktoś tak patrzył za odjeżdżającym autem.

27 września 1927

 

PODRÓŻ STATKIEM PO MORZU ŚRÓDZIEMNYM


DYLETANT

Wśród pasażerów jest pewien bardzo chudy mężczyzna w sportowej czapce, który nieustannie pali papierosy w długiej lufce, z nikim nie rozmawia, do kelnerów zwraca się po francusku, czyta powieści hiszpańskie, a kiedy przybijamy do portu, nigdy nie schodzi na ląd, tylko zajmuje miejsce na leżaku na górnym pokładzie, kładzie sobie na kolanach szkicownik, obok ustawia pudełko akwarel i w łagodnych barwach bardzo sprawnie oddaje to, co widzi. Efektem jego pracy są obrazki w kolorach jasnozielonym, jasnoniebieskim, jasnożółtym; widać morze, fragment portu, domy i statki, zachód słońca albo słońce w zenicie. Wszystko to jest bardzo eleganckie, utrzymane w przyjemnych barwach i proporcjach, pod akwarelkami umieszcza krótkie wyjaśniające podpisy, pewnie żartobliwe albo poważne, ale zawsze pouczające, a czasem cytaty z Goethego czy La Fontaine'a. Mężczyzna ów ze wszystkim razem, w swojej cyklistówce i z pudełkiem akwareli, wydaje mi się ucieleśnieniem dyletanta, ożywionym, urzeczywistnionym pojęciem z krwi i kości. Maluje akwarelami wszystko, co widzi, robi to umiejętnie, ale nie schodzi na brzeg, nie zanurza się w tym czymś słodkim, gorącym, pachnącym i śmierdzącym, kleistym i upajającym, co nazywa się rzeczywistością: wystarczy mu pędzel i to, co jego wytrawne oko zdoła dostrzec na horyzoncie. Jego malunki mają swój urok, a jednak przechodzę obok niego, kręcąc głową, bo wiem, że to, co dostrzega i jest w stanie w ten sposób uchwycić, to za mało.
Pracuje przez dwa tygodnie jak na akord, dzień w dzień, niestrudzenie. W końcu szkicownik się zapełnia, po powrocie oprawi go w skórę i podaruje komuś, rodzinie lub — mówiąc nieskromnie — potomności. Przyglądam mu się, dręczony jednocześnie wyrzutami sumienia, że sam zupełnie nic nie robię, nie sporządzam nawet notatek; ale pod koniec drugiego tygodnia z ulgą stwierdzam, że jego metoda jest zawodna. Już mnie nie zaspokaja uwiecznianie tego, co widzę, byle zgrabnie i w przyjemnej kolorystyce. Nie mogę się pogodzić z tym, że moje zajęcie to tylko kilka starannie wyretuszowanych fotografii, parę dobrych ujęć ze świata w wymiarach sześć na dziewięć. To trzeba inaczej, przyjacielu w cyklistówce i z długą lufką, szczegóły trzeba zanurzyć w utrwalaczu pamięci, a potem w ogóle o wszystkim zapomnieć, by dopiero później, znacznie później nadać formę tym okruchom, które pozostały po trywialnych realiach. Istnieje inna rzeczywistość — odbicie, jakie świat pozostawia w tobie, jeśli jesteś artystą. I po jakimś czasie, jeśli wiedzie cię intuicja własnego sądu, już tylko ona będzie cię interesować.

 

PRZESIADKA W WENECJI


Przykry i krępujący wypadek, gdy o czwartej nad ranem człowiek znajduje się na weneckim dworcu kolejowym Santa Lucia, choć nie ma na Wenecję najmniejszej ochoty. Na połączenie trzeba czekać dwie godziny. Nigdzie nie widać bagażowego. W mieście wyglądającym na wymarłe jasno jak w dzień. Nie słychać gwizdu parowozów. Maszynista i palacz, którzy przyprowadzili tu pociąg z Genui, kładą się na marmurowych ławkach dworcowych, podkładają pod głowę złożone kurtki i natychmiast zasypiają. Poznikali również nieliczni podróżni, którzy dotarli tu o tak wczesnej godzinie, między innymi chory umysłowo, który pod eskortą dwóch pielęgniarzy przyjechał aż z Mediolanu do cieszącego się dobrą sławą tutejszego domu wariatów.
Miasto, które we wspomnieniach wszystkich ludzi żyje jako miejsce nieustającej zabawy i wiecznego festynu, zawsze w zenicie i niekończącym się fortissimo, wygląda teraz jak scena teatralna po skończonych występach, której jeszcze nie uporządkowano i nie pozamiatano. Pracownicy techniczni i sprzątaczka zjawią się za godzinę. Rano, wieczór i w południe, o każdej porze dnia, z pokładu statku czy samolotu Wenecja zdaje się funkcjonować pełną parą, z gondolami, oknami, w których wiszą klatki z kanarkiem i sznury z bielizną, z dźwiękiem dzwonów, ciemnookimi tubylcami szantażującymi przybyszów melodyjną, gardłową mową, z całą swoją bellezzą i grandezzą, trachomą i podatnością na epidemie cholery, z lampionami i serpentynami — nawet w dzień — zawsze, jakby akurat coś świętowała, przeszłość albo przyszłość, a może po prostu najzwyczajniej samo życie. Plac Świętego Marka, Wielki Kanał, słupy do cumowania, rozkoszne mosty trwają w pamięci ludzkości niczym dekoracje patetycznego i sentymentalnego przedstawienia teatralnego, w niegasnącym oświetleniu, i nie ma takiego niemieckiego biura podróży, które mogłoby jej zagrozić swoimi folderami. Ale teraz, w obecnej chwili, o czwartej nad ranem, Wenecja nie świętuje niczego. Czuję się tak, jakbym wszedł dokądś tylnym wejściem, ukryty za podniesionym kołnierzem peleryny karbonariuszy, i błyskawicznym spojrzeniem ogarnął nagą rzeczywistość.
Miasto pogrążone jest w najgłębszym, nadrannym śnie. Księżyc już się położył, ale słońce jeszcze nie wstało. Między tymi dwiema chwilami miasto trwa w stanie zupełnej nieświadomości. Chrapie z rozrzuconymi członkami, bezkształtne, zanurzone w brudzie i oparach nocy. Spaceruję szybkim krokiem w tę i z powrotem wzdłuż kanału, na chybił trafił skręcam w wąskie uliczki. „Gorączkowo notuję", jak ktoś, kto wie, że szkoda każdej chwili. Jeszcze nigdy nie widziałem i może już nigdy nie zobaczę takiej Wenecji. Mogę się teraz przyjrzeć najwspanialszej scenerii świata, jakbym oglądał ją z nadscenia, skąd widać tylną stronę dekoracji, maszynerię i pajęczyny.
Z Wielkiego Kanału dochodzi duszący, alkaliczny smród chloru, ulice są nieprzewietrzone. Okna w domach pootwierane. Na marmurowych ławkach niewielkich placyków ludzie zmożeni snem, muchy niemrawo łażą po twarzach śpiących żebraków. Jest gorąco, perfidnie gorąco. Światło wydaje się pozbawione podstaw, nigdzie nie widać słońca, jakby ogromna scena była podświetlona od spodu jak w teatrze Rothschilda. Wszystkie osterie są zamknięte. Gondole zacumowane pod mostami czarnym rzędem teraz naprawdę przypominają trumny, które po wielkim kataklizmie czekają na ciała zmarłych. Gołębie z placu Świętego Marka, zanim zaczną tam swoje urzędowanie, włóczą się teraz po sąsiednich uliczkach w poszukiwaniu śmieci i resztek żywności. Czasami jakiś wychudzony kot zsuwa się zaspany z dachu i wlecze się do domu, zmęczony i skacowany po pełnej przygód nocy.
Siadam na jednym z placyków na marmurowej ławce. Czuję się tak, jakbym zbłądził do średniowiecznego miasta, w którym dżuma zabrała wszystkich mieszkańców. Dochodzą podstępne zapachy, wonie smażonej oliwy, gnijących śmieci i owoców. Wszystkie skórki pomarańczy i głowy ryb porozrzucane przez miasto w ciągu dnia leżą jeszcze na ulicach. To nie Wenecja cudzoziemców. Nie Wenecja nowożeńców, z gołębiami, które siadają pannie młodej na ramieniu. Zatłoczone, zaniedbane, oszukańcze miasto średniowieczne leży tu w bamboszach i malowniczych łachmanach. Naprzeciw mieszka dentysta, na pierwszym piętrze. Obok niego introligator. W ogródku narożnej restauracji na zestawionych stolikach śpi para starszych ludzi, w łachmanach, obok siebie, jak w małżeńskiej łożnicy. Kobieta podłożyła sobie tobołek pod głowę i objęła go ręką niczym poduszkę. Wszystko wokół jest prowincjonalne, bardzo stare i brudne. Nigdy dotąd nie widziałem tych barw Wenecji i możliwe, że za godzinę, gdy wraz ze śpiewającymi gondolierami, z policjantami i kelnerami zacznie się oficjalny dzień, ściany miasta zostaną obwieszone sztucznymi szmatami, na ulicach porozsypują malownicze śmieci, przed sklepikami handlarzy dziełami sztuki pojawią się patetyczne rekwizyty, a miejscowe władze pokryją ściany domów błyszczącą patyną. Ale teraz, o czwartej nad ranem, wszystko jest nędzne, zużyte, stare, po prostu brudne i przygnębiające. Niejasno podejrzewam, że prawdziwe jest to, co teraz widzę. Za weneckim oknem wystawowym żyje smutne, ciche, zmęczone i stare miasto, ukryte w alkowie, do której nie zaglądają klienci. Miasto, które już nie pnie się ani nie obsuwa. Żyje. Przytłaczają je wspomnienia. Turyści zmuszają je do nieustannej ekstazy. Zostaje samo dopiero o czwartej nad ranem. O północy musi jeszcze śpiewać „Santa Lucia" i „La Donna è mobile" przed Pałacem Dożów. A teraz śpi zbrzydzone własnym wdziękiem i urokiem, chrapie i burczy mu w brzuchu. Sukces jest czymś strasznym. Tu to widać. Światowa sława zobowiązuje: nawet Wenecję zobowiązuje do robienia takiego wrażenia, jakiego od niej oczekuje świat.
Kiedyś panowała. Teraz jest już tylko najpiękniejszym prowincjonalnym miastem świata. Za sekretem jej urody kryje się mnóstwo zabiegów kosmetycznych. W rzeczywistości jest stara, chora, zwiędła i zmęczona.
W tym stanie ma w sobie coś wzruszającego. Chodzę bardzo cicho, zaglądam przez otwarte okna, przyglądam się biednym weneckim sprzętom w mrocznych pomieszczeniach. W głębi pokoju spośród zasłon łoża z baldachimem bezsilnie zwisa stara, żylasta noga kobieca. Kanarki śpią w klatce przykrytej chustą. Na stole pozostałe resztki jedzenia: chleb, ser, pół butelki wina. Być może Casanova jadł tu nocą kolację i o świcie wymknął się przez otwarte okno. W tym mieście jest coś tajemniczego, nawet teraz, kiedy tak nieświadomie się odkrywa. Nastrój przygody, krwi i namiętności zastąpiła atmosfera bezradności i smutku małego miasteczka. Niewielkie nędzne sklepiki, w których życie z groszowym zyskiem nigdy nie daje nadziei na większy dochód, stoją pokornym rzędem, z zamkniętymi okiennicami, przez które przedostaje się przenikliwa woń składowanych towarów. Jestem na ulicy sprzedawców owoców. Powietrze tu jak w szklarni, wilgotne i ciężkie. Z mieszanki zapachów wybija się ostra, świeża woń pomarańczowego olejku eterycznego jak głos pikuliny ze współbrzmienia orkiestry. Z oddali dochodzi słaby dźwięk dzwonu. Po kilku minutach w mieście zaczyna się jakiś ruch. Później słychać głos człowieka. To Niemiec. Nadchodzi z bocznej uliczki w lodenowym płaszczu i bawarskim kapeluszu i mówi do swego towarzysza z kozią bródką i w sportowym kaszkiecie: „Frech sind die Leut, dass muss man ihnen lassen. Die Bäder ham sie per zehn Lire gerechnet".
Właściciel głosu i jego towarzysz w sportowym kaszkiecie idą z plecakami turystycznymi w kierunku dworca. Zaraz po nich pod jednym z wąskich mostów pojawia się gondola. Ma numer 187.13.B. Ta gondola wstaje najwcześniej. Jej właściciel, stary wenecjanin, nie może spać. Jedną ręką wiosłuje, drugą drapie się po plecach. Może o tej wczesnej godzinie nie czeka jeszcze na pasażerów, tylko odbywa poranną rozgrzewkę albo spacer dla zdrowia, tyle że po wodzie, skoro mieszka w Wenecji... Z każdą chwilą robi się coraz cieplej i nasila się zapach chloru. To oświetlenie, to ostre, białozłote światło na murach domów, to już Wenecja, jaką obiecują prospekty. Za godzinę rozpocznie się przedstawienie z całą orkiestrą. Z któregoś domu dochodzi bronchityczny kaszel, z jakim nawet w Wenecji zwykł się budzić chory człowiek. W pierwszym czystym, porannym świetle słonecznym domy zaczynają teatralnie błyszczeć. To też jest piękne, ale już to widziałem. Za pół godziny rusza mój pociąg. U pierwszego sprzedawcy owoców kupuję dwie pomarańcze i wracam na dworzec. Przed chwilą jeszcze się wahałem, ale teraz zdecydowałem, że nie zostaną tu, tylko pojadę dalej. Gdy człowiek w końcu zrozumie, że w życiu naprawdę ciekawe jest tylko to, co ukryte za kulisami, godzina między czwartą a piątą nad ranem w Wenecji całkowicie mu wystarcza, a kiedy mieszkańcy i turyści zaczynają się budzić, rusza w dalszą drogę albo kładzie się spać. To kwestia systemu. Zaczynam być niewymagający. Zupełnie wystarczy mi czas, który spędziłem w Wenecji, czekając na przesiadkę.

 

WIDOKÓWKI


To nieprawda, że akurat Saint-Malo było tak niezapomnianie piękne, a nastrój Pistoi tak boleśnie słodki, a Chartres tak ekscytująco ciemnoniebieskie, a Bergen tak sennie szare i deszczowe i że wiecznie tęsknimy do tych miejsc, bo tam doznaliśmy ważnych przeżyć i szczęścia. Cudowne było wszystko razem, więc nie potrafię się uwolnić od wspomnień, tęsknię do wszystkich tych miejsc naraz i z osobna, do każdego zakątka, niespokojnie i żałośnie. Bo to była wspaniała podróż. I wspólna — brała w niej udział cała ludzkość. Wszystkie krajobrazy i wszystkie miasta znaczyły dla nas to samo, pozostawiły takie samo wspomnienie. Co to za wspomnienie? Młodość.

 

LETNI WIECZÓR


Pamiętasz? Pociąg ruszał z Dworca Południowego o dziewiątej wieczorem. Elegancki pociąg, z dwoma wagonami sypialnymi. Jechałeś nim zawsze w końcu czerwca, wieczór był już łagodny i w tej łagodnej aurze o zapachu węgla, dymu i róż długo rozmawiałeś z odprowadzającymi, ogarniętymi tą samą nostalgią co odjeżdżający. Pociąg ruszał, sympatyczny, starszy jowialny konduktor już przygotował ci kapcie, na stoliczku stawiał wodę mineralną i brał twój paszport oraz tajemniczy banknot dziesięciodinarowy, który z niewiadomych przyczyn trzeba było wpłacić na granicy z Jugosławią. Za każdym razem udawałeś się do wagonu restauracyjnego i zanim pociąg dojeżdżał do Fonyód, zdążyłeś już wypić małą buteleczkę cierpkiego czerwonego wina francuskiego. Tak zaczynała się zagranica, od tej małej buteleczki Margaux.
Rano, przed Triestem, zaczynałeś się golić. Kiedy pociąg skręcał obok latarni morskiej, ukazywała się zatoka i morze. W Trieście zawsze wysiadałeś z powodu Beppo. Beppo był kelnerem w niewielkiej restauracji za portem handlowym, gdzie można było dostać najlepsze ryby. A sałatę przyprawiali oliwą, cukrem, musztardą i czerwonym winem tak, że smakowała jak nigdzie indziej. Beppo każdego roku wydawał się tak przejęty jak zakochani po długim niewidzeniu. I przynosił scampi, całe wiaderko. Po południu jechałeś dalej. Te pierwsze letnie wieczory we Włoszech, krajobrazy pełne oblanych światłem księżyca, srebrzyście błyszczących gajów oliwnych! Wieczorne przyjazdy do zupełnie małych miast, do Vicenzy. Wałęsanie się, od razu po umyciu rąk, po mieście, o północy, w Weronie czy Palermo. Zapach w Arco pod koniec czerwca, kiedy chorzy na serce wsparci na łokciach wyglądają przez okna sanatorium, a od strony Rivy słychać muzykę. Pierwszy poranek we Florencji, pierwsze spojrzenie na Arno, poczucie, że zaczyna się coś, od czego nie ma w życiu niczego piękniejszego, przedpołudnie w Uffizi, potem spacer w ciepłym deszczu po ścieżkach Cascine, przed dostojnymi pałacami Lungarno, gdzie ubrani na czarno, wytworni i wyniośli ostatni żyjący przedstawiciele toskańskiej arystokracji jeszcze strzegą jakiegoś skarbu: starego obrazu, bezwartościowych rosyjskich obligacji, wspomnienia uśmiechu królowej. A potem morze, pamiętasz? Morze w drogim i tanim wydaniu, wszystko jedno, czy w Biarritz, czy w Abacji! Spacer wśród krzewów laurowych do Lovrany, słoweński właściciel Piccolo Paradiso, który co rok sam spieszył do twojego stolika z karafką miejscowego domači. Popołudnie w Genui, kiedy przed burzą morze było tak ponure, jakby wszystko na ziemi zmierzało ku ludzkiemu przeznaczeniu. Wąskie, wąziutkie uliczki, w których między ciemnymi ścianami do dziś kryje się jakiś awanturniczy duch. I zawsze morze. Czy pamiętasz morze? Ciała jak kochankowie na zawsze zapamiętują morze.
A potem dalej, przez Marsylię, gdzie nie ma nic oprócz bouillabaisse u Pascala i domowego czerwonego wina, które przynoszą stareńcy kelnerzy. I Hôtel de Noailles, który spłonął. I pewne przedpołudnie w Awinionie. Zapach winogron i drzew owocowych w Prowansji. Powiedz, czy to wszystko było naprawdę grzechem. Czy grzeszyliśmy przeciw komuś lub czemuś, kiedy wciągaliśmy w nozdrza zapachy świata, kiedy zachwycaliśmy się obrazami, sycili szlachetnymi potrawami i trunkami, słowami ciekawych ludzi, urodą krajobrazów? Czy rzeczywiście nie ma innego wyjścia poza rezygnacją? Czyżby to było celem Stworzenia? Nie wierzę. A potem Paryż. Stary notes z numerami telefonów, portier, pan Surányi w bramie pensjonatu, w surducie, ze złotymi kluczykami w klapie, jak uroczyście oświadcza: „Kupiłem żonie dwie lodówki i wędrowny cyrk, żeby się nie nudziła". Paryż... Czytam teraz książkę Francisa Carco Nostalgie de Paris, którą napisał po kapitulacji miasta. Niczym obłąkany kochanek przemierza w myślach wszystkie paryskie uliczki, wie, gdzie mieszkał Baudelaire — mieszkał w wielu miejscach, ponieważ krył się przed wierzycielami, a więzienie dłużników zamknięto dopiero w 1867 roku, kiedy już zmarł — gdzie mieszkał Gérard de Nerval, który spacerował z homarem na niebieskiej wstążce, a potem powiesił się na klamce. Paryż, który można przeklinać, można go nienawidzić, ale kogo kiedyś objął swoim silnym, namiętnym uściskiem, ten go nigdy nie zapomni. Zawsze widzę to miasto, nawet we śnie, czuję jego zapach niczym cielesne wspomnienie, benzyna, zielona farba olejna, woń frytek i oleju w tanich jadłodajniach, zapach Bois, kiedy zaczynają kwitnąć akacje. Paryż na zawsze. A potem do domu. Jeden dzień w Monachium, w pensjonacie przy Ogrodzie Angielskim albo w hotelu Cztery Pory Roku, gdzie wszystko i wszyscy byli znajomi w całkiem osobisty sposób. I jeden dzień w Wiedniu, w gospodach w Hietzing i Lainz, przedpołudnie przed odjazdem pociągu przed obrazami Brueghela czy wieczór w Burgu. Czy to wszystko było grzechem? Może... Może żyliśmy w grzechu. Ale gotów jestem zapłacić za ten grzech całym życiem i nie żałuję, że przeżyłem to wszystko, nie żałuję wielu innych chwil, których nie sposób wyliczyć. To było lato w Europie, bardzo dawno temu. A potem, w drodze powrotnej do domu, przy Balatonfüred ogarniała cię taka tęsknota za krajem, że w Balatonföldvár wysiadałeś z pociągu i zostawałeś tam na tydzień, mieszkałeś w pensjonacie Ipoly i wszystko był tak rzeczywiste, tak organicznie powiązane ze sobą, widok na Badacsony i Luwr, Wenecja i stare fasady domów w Kassa, Graben i ulica Fortuny w budańskiej Dzielnicy Zamkowej, Awinion i Eger, to wszystko, razem i śmiertelnie splątane w przeznaczeniu, w szczęściu i nienawiści, to wszystko, czego nie potrafisz zapomnieć: ojczyzna i świat, Europa... Czy możliwe, że już nigdy tego wszystkiego nie zobaczysz? Możliwe. Ale nie chcę, szczególnie latem, w czerwcu, w to wierzyć.
W każdym razie chciałbym wiedzieć, co robi Beppo w Trieście. Czy walczy w Libii? Bo istniała w Europie rodzina, latem i zimą, kelnerzy, konduktorzy, pisarze, młodzi wędrowcy, kobiety o błyszczących oczach w oknach wagonów kolejowych, sumienni i bladzi pielgrzymi w muzeach, szczęśliwe w zapamiętaniu ciała na nadmorskich plażach, to była wielka rodzina, której członkowie nie znali się nawzajem. Wielka rodzina, i to z tych nie najgorszych. Czy myślisz, że jeszcze się spotkają? Obecne lato jest tak gęste jak przeznaczenie. Gęste i głębokie, sens życia i śmierci wydaje się pełniejszy tego lata niż kiedykolwiek dotąd. Róże w każdym razie zakwitły i teraz. I gdzieś jest jeszcze morze, a w miastach europejskich żyją ludzie, którzy to pamiętają. Czytam dalej książkę Francisa Carco. Na Place des Vosges mieszkał Wiktor Hugo. Stąd, dwa kroki w lewo, można było spotkać Henryka IV, który kazał wytyczyć plac wtedy, kiedy... Ale to już zupełnie inna historia i działa się innego lata.

22 czerwca 1941

CALENDAR


2018
17
grudzień
P W Ś C Pt S N
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6

FEATURED EVENTS

Brak wydarzeń

EVENTS

Brak wydarzeń

Banners